Najgenialniejszy glos ma wg mnie Sasuke. I nie mowie tak dlatego, ze lubie ta postac. Po prostu naprawde swietnie dobrany.
Naruto oczywiscie tez jest genialny. 'Anosa, Anosa, Ero Sennin!' xD Uwielbiam to.
Wbrew wszelkim pozorm na pewno swietny jest tez glos Deidary. Po ogladnieciu Shippudena wreszcie udalo mi sie zakodowac, ze to facet, a nie kobieta. ^^
Moge tez dorzucic Kakshiego albo Lee. Te glosy zapadly mi w pamiec bardzo.

· 


Ogłoszenia albo anosy - można je podzielić na pare kategorii:

większość aż krzyczy tęsknotą rozpaczą bólem.
inna część jest bardzo konkretnie sformułowanych -osoby które je dają wiedzą czego chcą a jednocześnie przedstawiają siebie jako silne osobowośći harde i nieprzystępne -mnie osobiście drażnią i zrażają
dużo też anosów - od których czuć aż adrenalinę chęcią dobrej zabawy i spełnienia erotycznych marzeń.

Podsumowując - każada z nas ma intuicję i po paru wymienionych imelach potrafi ocenić dostrzec czy kobieta z którą pisze jest odzwierciedleniem tego czego szuka co jej odpowiada.

Callean, Sauda, Kaethia, Hestia:

Dwa ciężkie, pociągowe konie nie dały się długo poganiać, pomimo faktu, iż dźwigały podwójną liczbę jeźdźców. Były również bez siodeł, co zmusiło was do niewygodnej jazdy na oklep.
Gromy miotały się w przestworzach coraz częściej, a deszcz wzmagał się z minuty na minutę. Wiatr – wcześniej łagodny – zmienił się teraz w mroźną, porywistą wichurę, przeszywając czwórkę towarzyszy przenikliwym chłodem.
Wierzchowce gnały co sił w kopytach niczym smagane biczami, jednak nie były wystarczająco szybkie, by wyprzedzić rozszerzającą się burzę.
Targane przez wiatr grudki ziemi, pył i kurz chłostały was silniej niż deszcz, zmuszając do mrużenia oczu. Mimo tego udało wam się dostrzec w oddali narastającą łunę. Nie było wątpliwości, iż gdzieś w głębi lasu szalała ognista pożoga. Po kilkudziesięciu minutach wyczerpującej – zarówno dla was jak i dla wierzchowców – jazdy, zobaczyliście jednak coś ciekawszego, a jednocześnie niepokojącego. Z bukowego lasu traktem sunął długi wąż obładowanych rozmaitymi dobrami ludzi, prowadzonych przez dwójkę konnych…

Sirith:

Starszy jeździec leniwym ruchem sięgnął w bok, gdy rozpędzony rumak przejeżdżał koło niego. Mężczyzna chwycił mocno wodze, zatrzymując gwałtownie wierzchowca.
-Yyyyyy – młodszy z prowadzących kolumnę przewodników dał popis swojej wysublimowanej elokwencji.
-Ładny koń młoda damo – rzekł starszy schylając się w siodle i pomagając wstać złodziejce. – Niestety trochę zajeżdżony – skomentował spoglądając wymownie na potężne otarcie u boku zwierzęcia.
-Przecież to koń… – zaczął któryś z uchodźców z tyłu.
-To koń przestępca – nie pozwolił mu skończyć jeździec. – Porwał tę oto tutaj dziewczynę lecz szczęśliwie nie udało mu się uciec za daleko – kontynuował mężczyzna bez cienia ironii w głosie. Uchodźcy i drugi jeździec wpatrywali się w niego wytrzeszczonymi oczyma. – W ramach rekompensaty za wyrządzone krzywdy przechodzi wieczyście na własność tej oto niewiasty.
-Ale jeżeli poprzedni właściciel… - nie dawał za wygraną ten sam osobnik, który wcześniej próbował odnieść się do świętego prawa własności.
-Poprzedni właściciel – po raz kolejny nie dane mu było skończyć – nie zgłasza sprzeciwu.
-Ale jego tu nie ma – bąknął uchodźca z urazą w głowie.
-Oczywiście. W takim wypadku należy pojechać z powrotem do miasta i poszukać go. Ze znalezieniem go nie będzie problemu, w końcu dookoła kręci się sporo urgali, które zapewne doskonale wiedzą gdzie spoczął. Jacyś chętni? – Jeździec odczekał chwilę pozwalając reszcie uzmysłowić się w sytuacji. – W takim wypadku koń przechodzi na własność tej oto niewiasty.
Młodszy z jeźdźców ocknął się ze zdumienia.
-Ależ Kri… - on także nie miał prawa skończyć wypowiedzi. Dla odmiany dostał po głowie trzonkiem włóczni. Mocno, aż trzasnęło… – Ależ Anosie… - poprawił się natychmiast młody - …skąd wiesz, że ta kobieta nie kolaboruje z plugawymi urgalami?!
Nazwany Anosem nie odpowiedział natychmiast. Całą swoją uwagę skupił na drewnianej, rzeźbionej fajce, w której po uprzednim nabiciu fajkowym zielem skrzesał ogień – iście mistrzowska sztuka podczas ulewy i zawieruchy, jaka panowała niepodzielnie dookoła. Chmurka aromatycznego dymu na chwilę zakryła twarz starszego jeźdźca.
-Oj mój ty drogi Andrusie – rzekł powoli kładąc nacisk na ostatnie słowo. Młodszy odbąknął coś niezrozumiale pod nosem na tą niewypowiedzianą uwagę. – Po co urgale mieliby posyłać do przodu tak mizernego zbrojnego? Łbów nam ta niewiasta swoim mieczykiem nie pościna, a jeśli najdzie ją ochota by zadąć w róg, zawrócić konia lub zacząć drzeć się bez wyraźniej przyczyny, to my jej go zetniemy. Bez urazy dla ciebie rzecz jasna – dodał mężczyzna ponownie zaciągając się dymem.
Srebrna czaszka nurkując w dekolcie złodziejki zaczęła drżeń niczym osika.
Nie wydawaj mnie! – Wrzeszczała w panice srebrna czaszka. Jakimś sposobem nikt z otaczających Sirith ludzi nie zareagował na jej krzyki. – Tylko nie tym dwóm! – Wył wręcz naszyjnik. – Dam ci wszystko! Nawet to durne jajo smoka!!!

Ten tekst jest prezentem urodzinowym dla Skajuśki, Wiećmy Wielkopolskiej, chociaż urodziny ma dopiero pojutrze. Z podziękowaniem za długie godziny spędzone nad moimi tekstami i z najlepszymi życzeniami. Niech żyje i niech się rozmnaża! (Dzięcielino, słyszysz? ) Panowie, zgodnie ze zwyczajem, wędrują w ręce solenizantki obwiązani wstążeczką czerwoną jak Egri Bikaver.
‼Bracia” są powiązani postaciami bohaterów z fanfiktem ‼Spaleni słońcem” i jego znajomość jest raczej konieczna do zrozumienia poniższego tekstu.

Bracia

– Opanuj się. – BĂŠla zapalił cygaro i upił łyk tokaju. Kłęby dymu przesłoniły mu na chwilę zawziętą twarz brata. – Opanuj się – powtórzył. – I usiądź.
– Nie będę siadać – odpowiedział cicho LĂĄszlo, cedząc słowa przez zęby. – I nie mam zamiaru się opanować.
Starcie dwóch tak silnych charakterów zawsze miało w sobie posmak wojny pozycyjnej. Przeciwnicy okopywali się naprzeciw siebie i starali się zadać wrogowi jak najbardziej dotkliwe straty przy minimalnych stratach własnych. I żaden nie zamierzał ustąpić.
– JĂĄnos siedzi w swoim pokoju i od godziny wpatruje się w ścianę. Uważasz, że to normalne? Zaraz, jak to szło… A, wiem. ‼Taki wstyd. Charłak w rodzinie. Co my powiemy innym? I pomyśleć, że ta czarna owca jest moim synem.” – LĂĄszlo uśmiechnął się z ironią. – Uważasz, że tak wygląda wsparcie ze strony ojca?
– Jesteśmy czystokrwistym rodem – odpowiedział spokojnie BĂŠla, zaciągając się cygarem. – Takie wypadki nie powinny się zdarzać.
– Ten wypadek jest twoim synem, do jasnej cholery! Pomyśl o tym od czasu do czasu.

***

Cichy stuk w kącie biblioteki oderwał uwagę LĂĄszlo od czytanej książki. ‼Nędznicy” wylądowali na niskim stoliku z hebanowego drewna.
LĂĄszlo nie cierpiał tego domu. Nie cierpiał grubych, zimnych murów zamczyska, wilgoci, którą nie zawsze udawało się zniwelować zaklęciami, ciemności, przytłaczających mebli, witrażowych okien w korytarzach i wysokich kolumn w głównym hallu. Nie mieszkał przecież w jakimś cholernym kościele!
Jedynie w bibliotece czuł się w miarę swobodnie. Miał swój ulubiony kącik, w którym często krył się przed resztą domowników z książką w ręku. I właśnie ktoś mu przeszkodził w odzyskiwaniu spokoju po niedawnej kłótni.
BĂŠla. Mężczyzna po krótkiej chwili poszukiwań wyciągnął książkę z półki i przeszedł obok brata, obrzucając pogardliwym spojrzeniem okładkę czytanej przez niego powieści. LĂĄszlo rzucił okiem na trzymany przez BĂŠlę tom. ‼Dzieye czarodzieyskich woyen przez brata Benedicta z Budy w roku Pańskim 1392 spisane” – głosił tytuł.
– Nic bardziej mugolskiego nie było? – zapytał BĂŠla opryskliwym tonem.
– Nic bardziej czystokrwistego nie znalazłeś? – odciął się LĂĄszlo. – Zostaw mnie w spokoju i pozwól, że będę czytać to, co mi sprawia przyjemność, a nie tylko to, co licuje z powagą naszego rodu.
Starszy z braci prychnął raz jeszcze i wyszedł, ostentacyjnie trzaskając drzwiami.

***

Atmosfera przy stole była napięta. Każdy z jedzących obiad zastanawiał się w milczeniu, kiedy ta wisząca w powietrzu, niewidzialna siekiera opadnie z hukiem. Jedenastoletni JĂĄnos dziobał srebrnym widelcem ziemniaczane purĂŠe, wbijając spojrzenie we własne kolana, przykryte białą serwetą. LĂĄszlo siedział tuż obok bratanka i starał się nie patrzeć na BĂŠlę. Nie miał zamiaru obrzydzić sobie obiadu do cna.
Tylko Eszter zachowywała się, jakby nic się nie stało. LĂĄszlo czasem zastanawiał się, jak długo jego brat musiał szukać, żeby znaleźć tak głupią i podatną na wpływy kobietę. A do tego dość bogatą, dość ładną i dość czystokrwistą, by go w ogóle zainteresowała.
Skrzat domowy zjawił się z cichym pyknięciem i podał deser. Nawet tiramisu, które JĂĄnos tak uwielbiał, nie wzbudziło tym razem jego entuzjazmu. Popatrywał tylko od czasu do czasu na ojca, chcąc zobaczyć, czy ten dalej jest wściekły, czy już mu przechodzi. Chłopiec chyba wolałby, żeby BĂŠla normalnie się wściekał, krzyczał, nawet żeby go sprał. Wszystko, byle nie ta zimna furia.
LĂĄszlo wstał powoli od stołu, odkładając ze szczękiem sztućce, i rzucił serwetkę na stół nonszalanckim gestem.
– Przepraszam – wycedził tonem, który nie miał nic wspólnego ze skruchą – ale was opuszczę. Przestałem być głodny.

***

– Co ty robisz? – zapytał BĂŠla, widząc jak skrzaty pakują kufry LĂĄszlo.
– Pieprzę to – odpowiedział lakonicznie. – Skoro nie potrafisz się zachowywać inaczej, to ja stąd wyjeżdżam. I biorę ze sobą JĂĄnosa. Chyba będzie wam to na rękę. Pozbędziecie się kłopotu. Właściwie to dwóch kłopotów.
BĂŠla chwycił brata za ramię i przyciągnął do siebie.
– Nie pogrywaj ze mną – wyszeptał mu prosto do ucha. – Wydaje ci się, że taki jesteś cwany, honorowy i Merlin jeden wie, co jeszcze. Obrońca uciśnionych od siedmiu boleści. Ale wiesz, co ci powiem? Jesteś taką samą zakałą rodziny, jak mój niewydarzony syn.
– Nienawidzę cię – warknął LĂĄszlo, nim zdążył pomyśleć, co robi.
Chwilę później usłyszał trzask zamykanych drzwi.
A trzy dni później BĂŠla zginął i LĂĄszlo nie miał już okazji powiedzieć bratu, że to nieprawda.

KONIEC